Jan Król: Metro to nie jest Klub, w którym się było, tylko z którego się jest

Fot. @janekjohny (Instagram)

„Chłopak przyszedł na pierwszy trening do Metra. Na rozgrzewce zarządziłem grę w piłkę ręczną – tak dla urozmaicenia. Janek rzucił piłką z taką siłą, że odbiła się od poprzeczki przeciwnika, wróciła przez całe boisko, czyli jakieś dobre 30 metrów i wpadła do jego własnej bramki – tak nieprzeciętną siłę fizyczną Janka Króla wspomina trener KS Metro Warszawa, Mirosław Sroka. To właśnie w Klubie z Warszawy swoją siatkarską przygodę zaczął podwójny Mistrz Austrii – Jan Król.

– Wróciłeś do Warszawy na okres wakacji i przerwy między sezonami. Wiem, że odwiedziłeś ostatnio siedzibę swojego rodzimego Klubu Metro Warszawa i spotkałeś się z trenerem Wojciechem Szczuckim. Wspominaliście stare lata?

Jan Król: Trochę. Miałem parę bieżących spaw do załatwienia i tak się dzieje, że co roku widzimy się z Trenerem Szczuckim. Zresztą Metro, to jest taki Klub, do którego z przyjemnością się wraca. To nie jest Klub, w którym się było, tylko z którego się jest. Jest się wychowankiem, jest się zawodnikiem wychowanym przez Metro.

– Zacznijmy może od początku. Ostatnie lata spędzone w Austrii zaliczyć możesz do udanych. Podwójne złoto Mistrzostw Austrii, srebro i złoto w Pucharze MEVZA  – w ubiegłym roku tytuły z drużyną Hypo Tirol Innsbruck, a w sezonie 2017/2018 z SK Posojilnica Aich. Można powiedzieć, że w Austrii kto ma „Króla” ten ma „,Mistrza”.
Jan Król: W sumie tak to można podsumować (śmiech). Tak wyszło, że poszedłem do tego zespołu, była możliwość wygrania, więc wygraliśmy. Bardzo cieszę się z tych medali i tego co osiągnęliśmy, ciężko na to pracowałem przez cały sezon.

– W Austrii spędziłeś dwa lata, jak je będziesz wspominał?
Jan Król: Liga Austriacka ma jeszcze długą drogę do przejścia, by być taką ligą jak nasza Polska, szczególnie marketingowo. Jeśli chodzi o animację publiczności, konkursy, zabawy w przerwie meczu, maskotki drużyn, to wszystko dopiero pomału zaczyna przypominać, to co się dzieje w polskiej ekstraklasie. Siatkówka w Austrii nie jest bardzo popularnym sportem, dużo większym zainteresowaniem cieszy się plażówka. Nie wiem skąd to wynika – Austria nie ma przecież dostępu do morza – ale Austriacy bardzo kochają siatkówkę plażową. Myślę, że siatkówce Austriackiej bardzo by się przydało parę sukcesów wraz z narodową reprezentacją, np. awans do wyższej dywizji w Lidze Narodów. Sukces na pewno zwiększyłby popularność halowej siatkówki w tym kraju.  

– A jacy są Austriacy, których na co dzień poznawałeś?
Jan Król: I w jednej i drugiej ekipie poznałem bardzo fajnych i ciekawych ludzi. W Innsbrucku było więcej obcokrajowców, byliśmy bardzo różnorodną drużyną. Natomiast tu, w Aich, było nas trzech Polaków, dwóch Słowaków, dwóch Słoweńców, Fin na rozegraniu, więc w sumie wszyscy ze wschodniosłowiańskich terenów. Łatwiej było nam się dogadać i wspólnie trenować.

– Skąd zrodził się pomysł by wyjechać do Austrii?
Jan Król: Po mojej przygodzie w Katowicach w sezonie 2016/2017 mój menager zaproponował mi wyjazd do Innsbrucka i uznałem, że to świetny pomysł. Kojarzyłem Klub, do którego miałem się przenieść, wiedziałem, że jest to w jakimś stopniu austriacka marka znana w Europie. Gra w tamtej drużynie dała mi możliwość występów w eliminacjach do Ligi Mistrzów czy Pucharze CEV. Graliśmy mecze sparingowe przeciwko drużynom z Włoch i Polski, na przykład na turnieju w Raciborzu przeciwko ZAKSIE Kędzierzyn – Koźle czy zespołowi Jastrzębskiego Węgla. Cieszę się, że mogłem grać i trenować na takim poziomie.

– W drużynie SK Posojilnica Aich było Was trzech Polaków – Ty, Wiktor Siewierski i Łukasz Wiese. Łatwiej było dzięki temu tam żyć?
Jan Król: Zdecydowanie. Trzymaliśmy się razem – mieszkaliśmy razem przez większość sezonu, jeździliśmy razem na treningi, jedliśmy razem obiady. W pewnym momencie stworzyliśmy taką grupę, że zaczęli na nas wołać „Polska mafia”. Nie wołali nas każdego z osobna, wystarczyło tylko „Polska mafia, chodźcie!” i wszyscy szli. Udało nam się również polskim akcentem zakończyć ten sezon – po finałowym meczu MEVZA i ligi austriackiej z Polską flagą robiliśmy sobie zdjęcia. Kiedy Dawid, który jest pół-Polakiem, pół-Austriakiem (przyp. David Michel), udzielał wywiadu telewizji, my wbiegliśmy z tył z polską flagą, śpiewając i ciesząc się ze zwycięstwa i zdobycia Mistrzostwa Austrii.

– Janek masz niespełna 30 lat. Wspominasz czasem jak zaczęła się Twoja przygoda z siatkówką? Kiedy w swoim życiu stwierdziłeś: „Tak, to jest to co chcę robić w życiu”?
Jan Król: Moja przygoda z siatkówką zaczęła się dość późno, bo dopiero w gimnazjum. Moim wychowawcą był Paweł Kocik, zawodnik drugoligowej wtedy drużyny Siemowit Gostynin. Bardzo mi imponowała jego gra, często też w związku z tym na szkolnych zajęciach graliśmy w siatkówkę. Pod koniec drugiej klasy kolega wysłał mi stronę Klubu Sportowego Metro Warszawa. Prezesem klubu był wtedy Dariusz Kopaniak, a w planach dopiero reaktywacja siatkarskiej Legii Warszawa. Zaczęło się niepozornie, bo… napisałem po prostu e-mail do Niego i zostałem zaproszony na testy. Pojechałem z Metrem na pierwszy w życiu obóz – do Olsztyna, i tak to się zaczęło. Przejął mnie później trener Kołodziejczyk (przyp. Daniel Kołodziejczyk), co zabawne obecny trener siatkarskiej Legii. Tak przyjeżdżałem raz w tygodniu – w piątki, z oddalonego trochę od Warszawy Sochaczewa. Czasem zdarzało się, że kończyliśmy trening bardzo późno, więc zostawałem na noc u kolegów z drużyny, za co jestem im wciąż bardzo wdzięczny.

Fot. archiwum KS Metro Warszawa

– Jak wspominasz lata, które spędziłeś w KS Metro Warszawa? W sumie 4, tak?
Jan Król: Tak. Cały wiek kadeta i juniora, w młodzikach nie grałem jeszcze w siatkówkę, więc naprawdę zacząłem bardzo późno. Jak wspominam lata w Metrze? Hm… Były momenty wspaniałe i te, których możemy trochę żałować. Żałować tego, że dwa razy zajęliśmy, zarówno w kadecie, jak i juniorze, czwarte miejsce w Mistrzostwach Polski, czyli otarliśmy się o medal i marzenia…

– Ale złoto i brąz młodzieżowych Mistrzostw Polski ostatecznie wisiały na Twojej szyi…

Jan Król: Tak, ze starszym rocznikiem dwukrotnie stałem na podium młodzieżowych Mistrzostw Polski. Z rocznikiem 1988, m.in. Pawłem Mikołajczakiem, Andrzejem Wroną, Łukaszem Wróblem, Jakubem Radomskim, czyli kilkoma naprawdę fajnymi zawodnikami, przywieźliśmy w 2005 ze Świdnika złoto z Mistrzostw Polski kadetów, a rok później, też z tą rok starszą ekipą, brązowy medal z Kędzierzyna – Koźla.

– Poczekaj, czyli grasz w siatkówkę od roku i od razu zdobywasz złoto w kadetach? Początek całkiem konkret.
Jan Król: Prawda? Świdnik i to złoto wspominam fenomenalnie. Pierwszy sezon, kiedy gram w siatkówkę i nagle zostałem Mistrzem Polski. Może nie grałem dużo, trener Szczucki (przyp. Wojciech Szczucki) – bo to on był trenerem, tego starszego rocznika –  wpuścił mnie na boisko na kilka piłek.  W jednym meczu zagrałem więcej w innym mniej, ale mimo to ogromnie cieszyłem się, że byłem częścią tej drużyny. To był naprawdę solidny zespół, wzmacniał nas jeszcze wtedy Fabian Drzyzga, więc stworzyliśmy drużynę na poziomie. To było dla mnie coś naprawdę ważnego, do dziś ten medal wisi na honorowym miejscu. A idąc jeszcze dalej, do dziś w portfelu noszę winietkę, którą wziąłem z restauracji, w której mieliśmy kolację po powrocie na Ursynów i na której jest napisane „Jan Król – Mistrz Polski 2005” i z tył mam podpis Dawida Murka. Niezapomniane wspomnienia.

– Janek, a kim był „rolnik z Sochaczewa”?
Jan Król: O nie! Skąd o tym wiesz? (śmiech) Różnie mnie nazywali w Metrze. Rolnikiem dlatego, że raczej wszyscy z drużyny mieszkali w Warszawie, a ja byłem z mniejszej miejscowości. Im się wydawało, że Sochaczew, to jest jakaś dziura czy wioska. Otóż nie! Jest to blisko czterdziestotysięczne miasto, z prawami miejskimi od 1368. Także nie jest to mała miejscowość, jak wszyscy myśleli.  Jest to miejsce, z którego jestem dumny. A wtedy przyszedł do drużyny młody gościu, troszeczkę większy i silniejszy od nich i tak zrodziło się to przezwisko.

– Słyszałam, że ciekawie nazywali cię również podczas twojej przygody w Bielsku – Białej. Zdradzisz jak wołał na ciebie trener Grzegorz Wagner?
Jan Król: Tak, wyjątkowe ksywki trzymały się mnie zawsze. Z trenerem Wagnerem pracowałem dwukrotnie – pierwszy raz w Bielsku w juniorach, a później w Kielcach już w PlusLidze. Zawsze bardzo go szanowałem i niezmiernie lubiłem, niemniej też bardzo często zwracałem jego uwagę. I tak pewnego razu, podczas treningu i jednego z ćwiczeń ustaliłem sobie jakąś sytuację przed akcją z rozgrywającym, on przebijał piłkę, ja źle dograłem, jednak szedłem na to co ustaliłem wcześniej, kolega mi wystawił źle, ja zepsułem piłkę, no i trener Wagner się zdenerwował. Rzucił piłkę i nazwał mnie „Magikiem ze Skierniewic”, no i tak się przyjęło (śmiech). Nie wiem skąd wzięły się Skierniewice – może dlatego, że Sochaczew kiedyś leżał w województwie skierniewickim, ale to bardzo dawno temu. No ale tak powiedział i zostało.

– Wróćmy do Twoich początków z siatkówką. Zaczynają się wakacje, czyli czas wyjazdów na obozy. Jak wspominasz swoje wakacyjne wyprawy z Metrem?

Jan Król: Ja niestety, w związku z tym, że dołączyłem dość późno do Klubu, byłem tylko na dwóch obozach – pierwszym wakacyjnym, a drugim zimowym, później byłem już powoływany do młodzieżowych reprezentacji, więc czas wakacji spędzałem na zgrupowaniach. Na obozie w Olsztynie, pierwszym siatkarskim obozie w życiu, byłem mocno zestresowany. Nie wiedziałem wcześniej jak to wygląda, jak wyglądają treningi. Uczyłem się wtedy nabiegu do ataku, pamiętam, jak trenerzy rysowali mi ślady, którymi mam iść, aby dobrze skoczyć. Wszystko było dla mnie nowe. Trochę żałuję, że był to mój jedyny obóz – atmosfera była świetna. Ostro trenowaliśmy, integrowaliśmy się, budowaliśmy drużynę. Do dziś pamiętam, że właśnie na tym obozie wygrałem „trójkę w totka”, to było gdzieś… hm.. 10 zł! Kurcze! Niezła kasa! (śmiech)

Fot. CEV

– No właśnie, później już wakacje spędzałeś na zgrupowaniach młodzieżowych reprezentacji, z którymi przygotowywałeś się między innymi do Mistrzostw Europy kadetów w 2007 roku. Z tych właśnie Mistrzostw przywieźliście z Wiednia srebrny medal. I wtedy środowisko siatkarskie dowiedziało się na co stać Janka Króla.
Jan Król: Od początku byłem drugim atakującym w Reprezentacji Polski kadetów i tak naprawdę do ostatniego obozu walczyłem o miejsce w składzie na te Mistrzostwa Europy. Do końca nie było pewne, czy się załapie. Dopiero ostatni sparing zadecydował, że pojechałem. W pierwszym meczu z Łotwą nie grałem. W drugim spotkaniu mierzyliśmy się z Belgią i nie szło nam najlepiej – przegrywaliśmy. Trener zrobił zmianę atakującego i pozwolił mi wejść na boisko. W dwa i pół seta zdobyłem 24 punkty, dzięki czemu trener podjął decyzję, że dokończę ten mecz. Później wyszedłem w następnym spotkaniu i następnym… i tak właściwie grałem całe mistrzostwa. To był taki moment zapalny, który pozwolił mi poczuć się pewniej. To były ważne mistrzostwa, a nam udało się zdobyć drugie miejsce, więc był to dla nas duży sukces. Jako jedyni urwaliśmy wtedy Francuzom, w składzie z Toniuttim czy N’Gapeth (przyp. Benjamin Toniutti i Earvin N’Gapeth) punkt.

– Jan Król jest wychowankiem KS Metro Warszawa i …
Jan Król:
 I jest z tego dumny. Często słyszy się stwierdzenia „ach ta dzisiejsza młodzież”, ale tylko nieliczni pracują nad tym by stworzyć z tej młodzieży wspaniałych ludzi. I to udaje się moim zdaniem w tym klubie. Metro nie stawia na ilość, ale na jakość – na to aby wychowywać, budować drużynę, skłonną pójść za sobą w ogień. Nigdy nie dam powiedzieć złego słowa na ten klub. Zawsze chwalę się tym, że swoją siatkarską przygodę życia zaczynałem właśnie w Metrze Warszawa.

Polub i udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

FACEBOOK
INSTAGRAM