Bartłomiej Lemański: bardzo się cieszę, że jako młody chłopak trafiłem pod skrzydła metrowskich trenerów!

Fot. Anna Klepaczko / LUMIKA / KS Metro Warszawa

Częściej niż o imię pytają się go o wzrost. Człowiek, który do siatkówki został… zmuszony. Mając dziesięć lat przyszedł do warszawskiego klubu Metro Warszawa, a kilka lat później skończył go już jako zawodnik Asseco Resovii Rzeszów. Środkowy mierzący 217 cm, wychowanek KS Metro Warszawa – Bartłomiej Lemański. 

Magdalena Kocik: Pierwszy turniej Ligi Narodów z reprezentacją Polski za Tobą. Świetnie rozpoczęliście te rozgrywki – wygrywając wszystkie trzy spotkanie, tracąc przy tym tylko jeden set. Bardzo udany początek sezonu.

Bartłomiej Lemański: Możemy być zadowoleni z ogólnego wyniku. Jeśli chodzi o sam obraz tej kadry, która tworzona jest przez nowego szkoleniowca, to myślę, że wszyscy zawodnicy – w tym ja, możemy być jak najbardziej zadowoleni ze współpracy z nim. Choć – trzeba przyznać, że jest dość nietypowym trenerem. Bardzo dobrze się z nim rozmawia, cały czas daje nam wiele cennych rad, a nasze treningi wyglądają fajnie. Myślę, że bardzo dobrze pokazał to pierwszy weekend Ligi Narodów, gdzie mogliśmy pierwszy raz pokazać się polskim kibicom. Udało nam się wygrać wszystkie trzy mecze – jeden w Katowicach i dwa w Krakowie, tracąc, tak jak wspomniałaś, tylko jeden set w meczu z Kanadą. Nie zapeszając – na razie wygląda to bardzo fajnie, mimo, że bardzo rotowaliśmy składem i właściwie każdy z nas dostał szansę gry od trenera Heynena. Ta drużyna cały czas się klaruje, bo trenowaliśmy ze sobą zaledwie tydzień w Spale, ale wydaje mi się, że jesteśmy na dobrej drodze. A jeśli chodzi o moją grę… Uważam, że zawsze może być lepiej. Zdaje sobie sprawę z tego, co należy poprawić, co zrobić lepiej, więc dalej będę ciężko pracować, by stawać się jeszcze lepszym zawodnikiem.

– Na turniej do Łodzi trener Vital Heynen zabrał Piotrka Nowakowskiego, Jakuba Kochanowskiego i Mateusza Bieńka. Ty… odpoczywałeś?

– Tak naprawdę między tymi dwoma turniejami miałem tylko dwa dni wolnego – w poniedziałek i wtorek. W środę zameldowałem się ponownie w Spale, gdzie trenowali ci zawodnicy, którzy nie pojechali na turniej do Łodzi. Cieszę się, że udało mi się odwiedzić rodzinę w Warszawie, bo po tym turnieju wylatujemy w daleką podróż i nie będzie nas w Polsce trzy tygodnie.

– Za tobą kolejny sezon w Asseco Resovii Rzeszów. Nie był on zbyt szczęśliwy – w połowie sezonu kontuzja wykluczyła Cię z gry do końca rozgrywek. Dziś śladów po niej już nie ma?

– Nie, nie ma już śladów. Sezon… Hm.. Chyba nikt z nas nie może zaliczyć go do udanych. Każdy liczył na coś więcej i to szóste miejsce nie było dla nas zadowalające. Mimo naszego młodego składu, myślę, że mieliśmy szansę na ugranie medalu, więc jesteśmy zawiedzeni. Dla tych z nas, którzy zostają w Rzeszowie na kolejny sezon, będzie to jeszcze większą motywacją do pracy, bo cały czas będziemy walczyli, aby ten medal zdobyć.

– Duże zmiany przyniesie wam w Rzeszowie nowy sezon.

– Tak, kilkoro zawodników zmienia barwy klubowe, a kilku bardzo ciekawych zasili nasze szeregi. Sam jestem bardzo ciekaw, jak to będzie wyglądało, kiedy wszyscy wrócimy do Rzeszowa – mam nadzieję, że po zdobyciu Mistrzostwa Świata – i będziemy wspólnie przygotowywać się  do nowego sezonu. Dopiero wtedy będziemy mogli ocenić nasz potencjał.

– Dziś Bartek Lemański gra dumnie z orzełkiem na piersi, a ile lat temu z herbem Klubu Sportowego Metro Warszawa?

– Po raz pierwszy w wieku dziesięciu lat, czyli dwanaście lat temu! Kurcze, ale to zleciało!

– Kto zaprowadził Cię na pierwszy siatkarski trening i jak to się stało, że znalazłeś się właśnie w KS Metro Warszawa?

– W swojej szkole podstawowej miałem nauczyciela wychowania fizycznego, który znał się z trenerami klubu Metro. Przeczuwał on, że będę bardzo wysoki – już wtedy byłem troszeczkę wyższy od rówieśników – więc zaproponował mi, abym odwiedził jeden z treningów na warszawskim Ursynowie i zobaczył, jak to wygląda. Zaprowadzili mnie rodzice, a ja zostałem na jednym, potem drugim treningu i tak gram w siatkówkę do dziś.

– Wsparcie rodziców jest niezwykle ważne dla młodego człowieka, który zamierza podporządkować swoje życie pasji i chce z niej robić sposób na życie. Pamiętam, jeszcze z czasów Twojej gry w AZS Politechnice Warszawskiej (obecnie: ONICO Warszawa), że na wsparcie rodziców mogłeś liczyć na każdym meczu.

– Szczerze mówiąc, początkowo to oni mnie zmusili. Kiedy zaczyna się uczyć grać w siatkówkę, pierwsze kroki nie są zbyt interesujące – to mozolne powtarzanie ruchów, nudne odbijanie piłki… Na początku dużo nie wychodzi, ta gra nie wygląda najlepiej i najciekawiej, więc i ja początkowo sceptycznie byłem nastawiony do tego sportu, nie bardzo czułem tę dyscyplinę. Mieliśmy jednak taki układ z rodzicami, że zostanę miesiąc, aby zobaczyć dokładnie, jak to wygląda. Zostałem miesiąc i … pokochałem ten sport! Myślę, że dzięki temu  moja kariera potoczyła się tak, jak się potoczyła i jestem za to ogromnie wdzięczny moim rodzicom.

– Środkowy od początku?

– Bywały krótkie epizody, kiedy to w Młodej Lidze grywałem mecze na ataku, ale był to raczej eksperyment. Więc można powiedzieć, że środkowy od zawsze.

– 24 marca 2013 roku i 26 maja 2013 roku. Pamiętasz te daty?

– Z KS Metro Warszawa zdobywamy najpierw brąz mistrzostw Polski juniorów w Leżajsku, a dwa miesiące później brąz mistrzostw Polski kadetów w Proszowicach.

– Jak wspominasz te mistrzostwa?

– Hm… Jeśli chodzi o ten pierwszy turniej finałowy i medal w kategorii juniorskiej, to bardzo się cieszę, że dostałem wtedy szansę i zostałem wzięty do składu, mimo, że byłem dwa lata młodszy. Jestem dumny, że mogłem w jakimś stopniu przyczynić się do tego medalu, ale myślę, że zdecydowanie mocniej w pamięci utkwił mi medal mistrzostw Polski kadetów, który zdobyliśmy później. Ten medal wspominam szczególnie. Był to turniej z moim rocznikiem, w naszym gronie, z którym trenowaliśmy kilka lat i to właśnie ten medal jest chyba dla mniej najbardziej sentymentalny.

–  Jak to się stało, że chłopak z Metra nagle stał się formalnie zawodnikiem klubu z siatkarskiej ekstraklasy i to w dodatku samej Asseco Resovii Rzeszów?

– Pewnego dnia, kiedy jeszcze byłem kadetem w Metrze, przyszedł do nas na trening pan i powiedział „chcę cię do Rzeszowa”. Nie miałem innej opcji, jak oczywiście zgodzić się na jego propozycję – zresztą kto by odmówił. Podpisałem kontrakt, który stanowił, że przez cztery lata po zakończeniu wieku juniora będę zawodnikiem Asseco Resovi Rzeszów. Byłem zawodnikiem Resovii, którego mogli wypożyczyć i tak też się stało, ponieważ trafiłem od razu do warszawskiej, wtedy jeszcze – AZS Politechniki Warszawskiej (obecnie: ONICO Warszawa). Przez pierwszy rok mojego wypożyczenia – kończyłem wtedy klasę maturalną, grałem i trenowałem w Warszawie pod okiem Kuby Bednaruka.

– Czym było dla takiego bardzo młodego zawodnika podpisanie kontraktu z tą wielką – wtedy mistrzowską – Asseco Resovią Rzeszów?

– Zaczęły spełniać się moje marzenia i to w błyskawicznym tempie. Gra na PlusLigowych parkietach jest czymś niezwykłym, do czego dąży każdy młody chłopak. A fakt, że miałem już wtedy kontrakt, dał mi pewność, że będę gdzieś grał. Wiedziałem wtedy, że kiedy skończę już wiek juniora, stanie się to moją pracą i sposobem na życie. To był początek tej mojej świetnej przygody, którą przeżywam i która cały czas daje mi nowe cele i marzenia. 

– Zbliżają się wakacje, więc czas na obozy! Śladem lat ubiegłych w tym roku Metro również wybiera się do Olsztyna i Zakopanego. Czy Ty pamiętasz coś ze swoich obozów, na które jeździłeś z Metrem?

– No pewnie, że pamiętam!

– Czym są takie wakacyjne wyprawy dla młodego chłopaka, który pierwszy raz może pojechać daleko od rodziców i domu, w dodatku ze swoją paczką, w gronie bardzo dobrych znajomych?

– Pierwszy raz, kiedy jechałem na obóz z Metrem, muszę przyznać, że ciężko było się tak „wyrwać” aż na dwa tygodnie. Ale dałem radę! (śmiech) Cztery najmłodsze roczniki Metra zawsze jeździły do Łukty i tam trenowaliśmy przez dwa tygodnie. To były dla nas wszystkich pierwsze zgrupowania, na których się trenowało i spało, nie rozpraszały nas inne rzeczy, o które w Warszawie nie trudno. Każdy z obozów wspominam bardzo dobrze, ten sentyment do tych miejsc i tej atmosfery, która nam towarzyszyła będzie zawsze – to tam, spędzając większość czasu na hali, zdobywaliśmy najwięcej wiedzy i wchłanialiśmy najwięcej sportowych wartości. Dzięki takim obozom, mogliśmy się lepiej poznać, budować prawdziwą drużynę i ducha zespołu. W kadecie i juniorze jeździliśmy już do Olsztyna oraz Zakopanego, a tam… tam już nie było lekko – szczególnie w Zakopanem (śmiech). Te obozy były dużo cięższe.

– Chodziło się po górach trochę?

– Chodziło? Biegało się po górach! Albo wokół jeziora. To już był konkretny przedsmak tego, że nie będzie łatwo, ale na szczęście nie wystraszyło mnie to i zostałem, choć momentami było naprawdę ciężko.

– Środkowi z Metra pochodzą, można by powiedzieć. Piotr Nowakowski, Karol Kłos, Andrzej Wrona, Bartek Gawryszewski, Mariusz Marcyniak i Ty. Ta, między innymi oczywiście, grupa środkowych prosto z PlusLigowych parkietów swoje siatkarskie szlify zbierała właśnie w Metrze Warszawa. Czy nasi trenerze znają jakieś tajemne sposoby szkolenia środkowych? Skąd się bierze, że aż tylu naszych wychowanków, którzy na poważnie są teraz w wielkiej siatkówce, to zawodnicy waśnie na tej pozycji?

– Hm.. Ciężko stwierdzić. Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale tak jak policzyć, to masz rację coś chyba jest na rzeczy. (śmiech) Trudno powiedzieć, co jest w tych warszawskich środkowych. Na pewno trenerzy robią tutaj – w Metrze, ogromną robotę. Potrafią zauważyć potencjał w zawodniku i sami dążą do tego aby ktoś pokochał ten sport tak, jak oni go kochają. Bardzo się cieszę, że jako młody chłopak trafiłem właśnie pod skrzydła metrowskich trenerów, którzy wiedzą jak mało kto, jak się zatroszczyć o zawodnika i robią wszystko by nam pomóc w dążeniu do wymarzonego celu. Myślę, że taka postawa, właśnie trenerów odgrywa tutaj, w tym wszystkim główną rolę.

Fot. tessreporter.pl

– Bartek, a kim był „spider”?

– To byłam moja pierwsza ksywka, którą dostałem właściwie na początku gry w Metrze. A ksywka wzięła się w dość nietypowy sposób, bo nie miała nic wspólnego z moim wzrostem, czy długością kończyn (śmiech). Mój pierwszy trener w Metrze znał się z moim nauczycielem wychowania fizycznego, który mnie ściągnął do Metra i tę ksywkę odziedziczyłem właśnie po nim. Może był w tym jakiś inny ukryty sens, ale ja przynajmniej tak zrozumiałem genezę powstania tego mojego przydomku.

– Gdybyś mógł coś zmienić w swoich sportowych decyzjach, albo jakąś decyzję podjąć inaczej… Czy było by coś co byś zmienił?

– Nie. Wydaje mi się, że super potoczyła się moja kariera. Świetne lata w KS Metro. Później dwa lata spędzone w AZS Politechnice Warszawskiej, gdzie również trafiłem na bardzo dobrego trenera, jakim był Jakub Bednaruk i dostawałem bardzo dużo szans na granie, co jest kluczowe dla każdego zawodnika. Teraz dwa lata jestem już w Rzeszowie i je również cenię je sobie ogromnie.

– Czujesz się bardziej Resoviakiem, czy Warszawiakiem?

– Warszawiakiem zawsze byłem i jestem d tego miasta ogromnie przywiązany, tak samo jak do Klubu Metro i tego miejsca w którym jesteśmy (przyp. Hala SP 323 przy Hirszfelda 11 na warszawskim Ursynowie). Tutaj się wychowałem, tutaj stawiałem pierwsze siatkarskie kroki, więc całym sobą czuję się Warszawiakiem. Ale też, tak naprawdę, dzięki Resovii dostałem tę ogromną szansę gry, za co jestem im wdzięczy. Jestem Warszawiakiem z krwi i kości, który gra w Rzeszowie.

– Bartek Lemański jest wychowankiem KS Metro Warszawa i …

–  i czuję się z tym wspaniale!

– Czego możemy Ci życzyć, w tym momencie?

– Mistrzostwa Świata!

– Okej, w takim razie w październiku widzimy Cię ze złotem na szyi, u nas na Ursynowie.

– Do zobaczenia! (śmiech)

Fot. Anna Klepaczko / LUMIKA / KS Metro Warszawa

Polub i udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Skontaktuj się z nami przez Facebooka
Facebook KS Metro Warszawa
Facebook KS Metro Warszawa
INSTAGRAM